PL | EN
© by MS Films | CMS by JAAZ


2009.12.03 WIELKIE OCZY KRÓLIKA. TADEUSZ SOBOLEWSKI PISZE O KRÓLIKU TUŻ PRZED PREMIERĄ

Źródło: www.wyborcza.pl/1,75475,7324375,Wielkie_oczy_krolika.html

 

Wielkie oczy królika

Tadeusz Sobolewski

 

Od jutra w kinach polski dokument, który ma szansę na Oscara: "Królik po berlińsku". Patrzymy na historię zwierząt żyjących w cieniu muru, a jeszcze niedawno sami - jeśli nie my, to nasi rodzice - byliśmy eksperymentalnymi królikami

 

Pomiędzy dwiema liniami muru berlińskiego żyły króliki. Słynne króliki - opisywane, fotografowane, będące w NRD bohaterami dziecięcych festynów urządzanych pod aluzyjną, króliczą flagą - stały się symbolem wolności. Był to jednak symbol ironiczny, dwuznaczny - trudno nie dostrzec, że królikom było dobrze w niewoli między murami.


Bartek Konopka i Piotr Rosołowski w swojej bajce dokumentalnej żonglują tymi znaczeniami, opowiadając powojenną historię berlińskich królików w formie niby-oświatowego dokumentu, z komentarzem Michała Ogórka, w tonie serio, czytanym przez Krystynę Czubównę.

 

Już w pierwszych scenach następuje zmiana punktu widzenia z ludzkiego na króliczy. Z tej perspektywy oglądamy historię NRD. Stopniowe przekształcanie sektora radzieckiego w osobne, satelickie państwo ilustrują pokazane w filmie kolejne fazy podziału Berlina, budowy zasieków, wreszcie muru, coraz wyższego i lepiej strzeżonego. Wszystko to jest ukazane z punktu widzenia interesów królików.


Były tak głupie, że dały się zamknąć między murami, tracąc wolność? Czy przeciwnie, na tyle sprytne, że wykorzystały szansę, by ukryć się między murami, gdzie miały co prawda mało miejsca, ale świeżą trawę i żyło im się bezpiecznie? Krótka historia komunizmu ukazana jako eksperyment na królikach - oto zamysł filmu. Ta orwellowska alegoria jakby rodem z "Folwarku zwierzęcego" grozi uproszczeniem i swego rodzaju pychą. Czy pokazując zbiorową uległość ludzi-królików, siłą rzeczy nie patrzymy na nich z góry, z pozycji totalitarnej władzy? Skoro byli tak ulegli, to może zasłużyli na swój los? Ale na jakiej podstawie możemy dziś sądzić społeczeństwo żyjące pod ciśnieniem tamtego ustroju? Patrzymy na ich historię z góry, zapominając, że jeszcze niedawno sami - jeśli nie my, to nasi rodzice - byliśmy eksperymentalnymi królikami.

To, co było narzuconym z góry przymusem, stawało się "uświadomioną koniecznością". Możemy się dziś śmiać z króliczego konformizmu, ale wystarczy otworzyć polską encyklopedię wydaną niewiele ponad 20 lat temu, aby spotkać się z króliczą logiką. Pod hasłem "Berlin" nie ma słowa "mur" . Czytamy tylko, że "w celu zapobieżenia działalności dywersyjnej z terenu Berlina Zachodniego przeprowadzono 13 VIII 1961 granicę państwową między NRD a Berlinem Zachodnim".

Poznałem kiedyś entuzjastę muru. W swoim czasie napisał nawet broszurkę propagandową uzasadniającą jego budowę. Później popadł w gorycz. Na ile wierzył w sens tego wszystkiego, a na ile czuł się do tego zmuszony? Już się tego nie dowiem. Nie bez znaczenia był fakt, że ten człowiek - o ironio - był niewidomy. Ofiara wojny, antyfaszysta. Czy brak wzroku ułatwił mu akceptację NRD? Choć przecież nie mieli z tym problemu również inni, widzący.

Kiedy oglądam dziś kroniki o historii NRD, zastanawiam się zawsze, czy to ten sam, czy może zupełnie inny tłum paraduje 1 maja, potem, w latach 80. zapełnia manifestacyjnie kościoły, a w 1989 r. rozwala mur? To samo społeczeństwo może mieć różne twarze, inaczej reagować w różnych sytuacjach, co innego uważać za swoją korzyść, w czym innym szukać bezpieczeństwa. Zawsze jesteśmy zaskakiwani przez historię, rozgrywającą się niby z naszym udziałem, ale zarazem jakby ponad naszymi głowami.

Czy dziś lepiej rozumiemy świat mimo natłoku informacji pozwalających oglądać rzeczywistość z wielu perspektyw naraz? "Królik po berlińsku" (znalazł się na krótkiej liście filmów dokumentalnych mających szansę na nominację do Oscara) jest pastiszowym modelem takiego wielobiegunowego przekazu. Wieloznaczność tego filmu może być po części dziełem przypadku. Autorzy filmu mieli kłopot z ustaleniem perspektywy opowiadania. Stąd chyba wynikły kolejne wersje montażowe (widzowie różnych festiwali, gdzie "Królik" był pokazywany, widzieli trochę inne filmy!). Znać w tym obrazie niepewność co do tego, czyje właściwie stanowisko prezentuje komentarz tej pseudooświatówki. W co właściwie uderza jego ironia?

Króliki są nieme i mają wielkie oczy. Zbliżeniem tych czujnych, lękliwych oczu zaczyna się i kończy film. W tym zawiera się jego sens. Widzimy, jak króliki naiwnie cieszą się z budowy muru, który dał im wreszcie bezpieczeństwo; następnie, jak popadają w apatię, zwolnione z walki o byt; wreszcie, jak wiedzione irracjonalnym instynktem szukają ucieczki, podkopując się pod murem. Przeraża je sam moment rozwalania muru (najlepsza sekwencja filmu). Nie mogą znaleźć sobie miejsca na wolności, gdy muszą się rozpierzchnąć i gdy kończy się złudne bezpieczeństwo między murami, uzyskane kosztem ludzi. Niewola ma pozory raju - wolność rajem nie jest, zawsze ktoś na niej traci.

Analogia dziejów berlińskich królików z dziejami NRD sprawdza się w filmie tylko częściowo, momentami jest naciągana (mieszkańcy NRD, w przeciwieństwie do królików żyjących za murem, mieli ujemny przyrost naturalny...). Choć enerdowcy, podobnie jak bohaterowie filmu, po obaleniu muru i zjednoczeniu kraju przeżyli rozczarowanie, poczucie degradacji. Byli i tacy (są do dziś), którzy woleliby w miejsce totalitarnego NRD osobne, demokratyczne państwo. Ale wydarzenia historyczne potoczyły się szybciej, niż działała społeczna refleksja.

O czym więc mówi "Królik po berlińsku"? Realizatorzy stanęli przed karkołomnym zadaniem stworzenia z materiałów dokumentalnych i inscenizowanych w miarę spójnej, gatunkowo jednolitej opowieści, ukazującej w krzywym zwierciadle historię enerdowskiego komunizmu, ale prowadzącej w kierunku uniwersalnej metafory. Konstrukcja tego filmu wydaje się dopięta trochę na siłę. "Królik..." mówi o wielu, może zbyt wielu sprawach, ale na szczęście nie jest okolicznościowym utworem o tym, że skończyła się niewola i nastała wolność.

Króliki, ze swoją naturalną skłonnością do przystosowania się i troską o bezpieczeństwo, są bardzo ludzkie, godne współczucia. W rozmowie z reżyserem Bartkiem Konopką o jego następnym projekcie fabularnym - filmie o tych, którym po 1989 r. się nie powiodło, którzy coś stracili, nie umiejąc się dostosować - zrozumiałem, że "Królik po berlińsku" mówi o ludziach, którzy "w każdej narzuconej im sytuacji usiłują znaleźć normalność".

Młody reżyser wydaje się dobrze rozumieć dramat pokolenia ojców. Wie, że "może wszyscy jesteśmy królikami i dalej mamy te same potrzeby - potrzebujemy swojego skrawka bezpieczeństwa, swego kawałka trawnika, żeby dopiero z tej perspektywy móc patrzeć na wielki świat".

"Królik po berlińsku" jest o wiele bardziej przewrotną wersja berlińskiego mitu o królikach niż połączony z nim w jednym seansie "Esterhazy" - plastelinowa animacja Izabeli Plucińskiej, ciemna w kolorycie, ale budująca nastrój przytulności. W tej historii, opartej na popularnej w Niemczech bajce Hansa Magnusa Enzensbergera, berlińska przygoda wiedeńskiego królika ma wyraźny happy end. Króliczy arystokrata Esterhazy zaznaje różnych rodzajów niewoli, trafia także między berlińskie mury, łudząc się, że "znajdzie wreszcie święty spokój", ale tam właśnie odnajdzie swoją wybrankę Mimi. Kiedy mur zostanie obalony, nic nie przeszkodzi mu w płodzeniu małych Esterhazych. W bajce Konopki i Rosołowskiego królik na wolności, schwytany do skrzynki, niesiony w nieznanym kierunku, łypie z wnętrza swoim wielkim, zdziwionym okiem.